Brzuchy pacjentów otwierał jeszcze w ubiegłym roku. Woreczki, wyrostki, przepukliny, rany powypadkowe… I nagle przyszła choroba. Nie wyobrażał sobie, że miałby ot tak, przestać być lekarzem. Ani amyloidoza, ani COVID-19 go nie powstrzymały.
Nie może już przeprowadzać wielogodzinnych operacji, ale pracy nie rzucił, jedynie ją zmienił, choć przecież mógłby już odpoczywać na zasłużonej emeryturze. Siedzieć w fotelu, przed telewizorem czy „Netflixem” i bawić się z wnukami. No, ale nie mógł ot tak, z dnia na dzień, zostawić swoich pacjentów.
Leczę już trzecie pokolenie w Otwocku. Przychodzą do mnie młodzi pacjenci, a ja pamiętam, jak operowałem ich mamy, babcie, ojców i dziadków – mówi doktor Ludwik Antczak.
Wprawdzie przez to brzydkie słowo na „A”, jak amyloidoza, nie może już pracować tak jak dawniej, jednak wciąż ma wzięcie, jako chirurg. Udziela teleporad i konsultacji w realu – w przychodni. Przez kilkadziesiąt lat widział już tyle, i wie, co potrafi który chirurg, że rzut oka wystarczy i decyduje kogo i do kogo na jaką operację skierować, by ratować mu zdrowie. W diagnozach się nie myli.
I zaczęły się schody.
Że coś jest nie tak, doktor Ludwik Antczak zaczął podejrzewać dopiero w ubiegłym roku. Wchodził po schodach, wracał właśnie z pracy do domu. W budynku nie ma windy. – Nagle poczułem, że mam problem z wejściem na trzecie piętro, na którym mamy z żoną mieszkanie. I to ja, który całe lata grałem w koszykówkę i byłem wysportowany. W pierwszej chwili nie mogłem uwierzyć. „No cóż, mam 78 lat. Trzeba to zrzucić na karb starości!” – pomyślałem wtedy – wspomina doktor. Choć ta „starość” brzmi jak żart, bo rozmawiamy przez telefon, a głos ma maks 50-latka.
Na tych schodach jednak się nie skończyło. „Schody” dopiero się zaczynały. – Siła w mięśniach zanikała. Nawet się nie obejrzałem, a wysiłkiem było już nie tylko wejście po schodach, ale nawet zrobienie paru pompek. A dotąd robiłem ich kilkadziesiąt. Spróbowałem się też podciągnąć na drążku, ale zamiast trzydzieści razy, udawało się już tylko trzy – mówi.
Bieżnia wyszła nieźle
„Mam chorobę wieńcową, jak nic!” – stwierdziłem pewnego dnia, gdy doszło do takiego absurdu, że wjazd samo- chodem do garażu pod wiatr mnie zmęczył! – wspomina. To było półtora roku temu. No i zaczęła się diagnostyka w kierunku chorób serca. – Trafiłem na świetną lekarkę, kardiologa. Zrobiła mi EKG, i to nie tylko spoczynkowe, ale i takie po wysiłku. No ale nawet „bieżnia” nieźle wyszła. Wtedy le- karka zrobiła mi jeszcze echo serca. I wtedy okazało się, że mam „skurczone” wsierdzie, bo na sercu odkłada się białko – w amyloidozie „przykleja” się i odkłada w różnych narządach – wspomina tę wizytę doktor Ludwik Antczak. – Nie mam jak cię tu leczyć – powiedziała doktor, gdy okazało się, że sprawa jest o wiele poważniejsza niż myśleliśmy. – Musisz trafić do kardiomiopatów – zawyrokowała. A ja na to, że nie chcę. No ale za chwilę wszystko szybko się potoczyło – zostałem skierowany do leczenia na oddziale kardiomiopatii.
I zaczęła się dalsza diagnostyka. Już nie chodziło tylko o serce. Trzeba było potwierdzić, albo wykluczyć amyloidozę. – Pobrali mi wymazy ze śluzówki jamy ustnej, zrobili tomografię wątroby, płuc i innych narządów. I wyszło, że to to – ta nieszczęsna amyloidoza, choroba genetyczna – wspomina chirurg.
I zaczęła się nauka… chodzenia
Ruszyło leczenie, głównie objawowe. Dostał leki, między innymi takie, jakie biorą pacjenci z niewydolnością krążenia. Bo nogi zaczęły puchnąć. – Dopadła mnie polineuropatia. Nagle i to tak, że prawie nie mogłem się ruszyć, w pierwszej chwili wyglądało to groźnie. Sanitariusze wieźli mnie karetką do szpitala do Warszawy, jak pakunek – wspomina.
Potoczyło się szybko i wkrótce przestałem prawie w ogóle chodzić. Po Warszawie, gdy zaczęła się ta diagnostyka, poruszałem się z wysiłkiem. Do nóg, a raczej problemów z nimi, dołączyły ręce. Przez kolejne miesiące sam się rehabilitowałem, wiedziałem, że muszę to zrobić za wszelką cenę. W praktyce po prostu ćwiczyłem głównie chodzenie – dodaje. Sztywniejące mięśnie, drętwienia tak się nasilały, że ratowali go koledzy – szef hospicjum silnymi lekami, a do tego kolega weterynarz podrzucił lek, który podaje psom, gdy mają parestezje – mówi. Nawet trochę pomagało. Na szczęście potem załapał się na lekarstwo, które jest zarejestrowane dla ludzi, ale wciąż w Polsce nierefundowane.
Doktor Ludwik Antczak oczywiście przeczytał już wszystko, co tylko mógł o amyloidozie. Wiadomo, jest lekarzem, a nie pacjentem, który nie ma o medycynie pojęcia, a nagle próbuje diagnozować się z dr Google. Tylko, że to oznacza też, że rozumie aż za dobrze, co może go jeszcze w tej chorobie spotkać.
Szczęście w nieszczęściu, nie miałem bólów, parestezji, tylko nogi odmawiały mi posłuszeństwa. „Tylko” – mówi, ale naprawdę się cieszy, że wśród trzech postaci tej choroby, nie trafiła mu się ta najcięższa.
Przydał się stołeczek rybacki
Mieszka na trzecim piętrze bloku, w którym nie ma windy. – Męczę się łatwo – mówi. Znalazł na to sposób. – Wychodząc z mieszkania zabieram ze sobą stołeczek rybacki. Co zejdę jedno piętro, to siadam i odpoczywam. Sąsiedzi już się przyzwyczaili. Niektórzy czekają, aż przysiądę na ich piętrze, otwierają drzwi i zapraszają mnie na kawę – śmieje się.
Gdy już uda się zejść na parter, a potem wyjść przed dom, dok- tor Ludwik Antczak przesiada się ze stołeczka w samochód. I jedzie do pracy. – Operować już nie operuję od zeszłego roku. Ręce mi się nie trzęsą, ale przy stole już kilku godzin nie wy- trzymam. Tym bardziej, że jednak przyplątała się po drodze ta niewydolność serca. Za to rejonową przychodnię sobie zostawiłem, wciąż leczę pacjentów – mówi.
Gdy wraca do domu po pracy, wejście na trzecie piętro zajmuje mu 20 minut, bo tak, jak rano, przy schodzeniu, w drodze na górę też odpoczywa. Gdy już dotrze do mieszkania, też sobie tak łatwo nie odpuszcza. – Robię tyle, ile mogę. A, jak już nie mogę, to się kładę. Zawsze lubiłem spać. Jak zasnę, to mogą mnie nawet za nogi z łóżka ściągać, ale się nie obudzę – żartuje z sytuacji.
Leżenie na własnym oddziale
Płytki krwi zaczęły sprawiać problemy, trzeba było włączyć leki przeciwzakrzepowe. To akurat oczywiste – ma związek z amyloidozą. Ale objawy covidopodobne i tydzień biegunki? W ostatnich miesiącach przyplątywały się różne inne rzeczy. – Żaden szpital nie chciał mnie przyjąć, choć jestem lekarzem. Chyba wszyscy się mnie bali. W końcu zrobiłem sobie test na COVID, a jak wyszedł ujemny, to się po prostu po ciuchu poło- żyłem na „własnym” oddziale – na tym, na którym pracowałem jako chirurg przez wiele ostatnich lat – opowiada.
Przebadał się, dobrał leki, ogarnął płytki krwi. Wypisał się ze szpitala i żyje „do przodu”. – Choć stoję w takim miejscu, że nie bardzo widać wyjście z sytuacji. Bo gdzie i dokąd miałbym ruszyć? – pyta retorycznie. Gdyby nagle pojawił się cudowny lek, który cofnąłby chorobę, już by o tym wie- dział. – Bo przecież śledzę na bieżąco wszystkie medyczne doniesienia z całego świata – mówi. Załapał się jednak do programu charytatywnego. Od niedawna dostaje leki, których w Polsce jeszcze nie ma, bo NFZ ich nie refunduje. – Moja lekarka prowadząca mówi, że objawy choroby trochę się zmniejszyły. Mi wystarcza na razie to, że się nie pogorszyło – śmieje się. – Mam żonkę, mam trójkę dzieci i sporo wnuków – mam dla kogo żyć. Dzieci i wnuki po Warszawie „rozsiane”, ale odwiedzają mnie często. I ja ich – mówi.
O problemach stara się nie myśleć. – Tak, jak mówiłem, w domu zrobić cokolwiek jest mi trudno, bo muszę trochę postać, odpocząć. Do zmęczenia już się jednak pomału przyzwyczajam. W końcu od pierwszych objawów choroby, gdy
zaczęło tak męczyć mnie wchodzenie po schodach, minęło już półtora roku – mówi. Wtedy jeszcze do pracy mógł iść na piechotę, do szpitala i przychodni ma blisko. – Dziś już bym nie dał rady bez samochodu – mówi. – Nawet ze spacerem jest problem. Spaceruję od ławki, do ławki – na każdej muszę chwilę odpocząć. To wszystko na skutek tej zmniejszającej się przez amyloidozę wydolności serca – tłumaczy.
Koledzy już po przeszczepie
Wygląda na to, że na razie choroba stanęła w miejscu. W kwietniu doktora Ludwika Antczaka czeka ponowne badanie. W jakim stanie są wątroba i serce, które choroba zwykle najbardziej dewastuje. Doktor ma dwóch kolegów, mają za sobą podwójne przeszczepy – serca i wątroby. Jeden z nich jest mężem pielęgniarki z Otwocka. W Polsce takich przeszczepów, jednoczesnych – płuc i serca u jedne- go pacjenta, były tylko trzy.
Lekarze, którzy się mną zajmują proszą, żebym nie patrzył na nich, bo ta choroba inaczej przebiega u każdego. A koledzy w przeszłości przez lata pracowali fizycznie, co nie po- zostało bez wpływu na organizm. Myślę wtedy, że mnie też można przecież uznać za pracującego fizycznie – kilkadziesiąt lat pracowałem stojąc wiele godzin dziennie za stołem na zimnej sali operacyjnej – mówi.
Ma jednak nadzieję, że może przeszczepy go ominą. O dawców zresztą trudno. – Ważne są nie tylko kwestie grupy krwi, itp. Wątroba musi pasować nawet wielkością do tej, jaką ma biorca. I do końca życia trzeba przyjmować leki, by organizm nie odrzucił nowego narządu. A przecież te leki mają mnóstwo skutków niepożądanych – wyniszczają i tak wycieńczony amyloidozą organizm. Wysiadają nerki, z czasem i one mogą nadawać się do przeszczepu, albo chorego czekają dożywotnie dializy.
Koty się nie przeprowadzą
2021 rok musi być lepszy. – Bo miniony rok był ciężki. Dużo wysiłku włożyłem w to, żeby nie przestać chodzić – mówi. A poza tą walką i odejściem od stołu operacyjnego, trybu życia specjalnie nie zmieniał. – Alkoholu i tak nie piłem, więc nie musiałem gwałtownie zmieniać trybu życia na zdrowszy. A do tego żona w domu ma mnie teraz więcej niż wcześniej. Wiecznie nie było mnie w domu, bo w szpitalu miałem przecież i nocne dyżury – mówi, bo nawet w chorobie potrafi szukać plusów.
Pacjenci też szybko przyzwyczaili się, że doktor Antczak już ich nie zoperuje, ale cieszą się, że wciąż jest ich lekarzem. – Przez kilkadziesiąt lat zdążyliśmy się poznać z całymi rodzinami – mówi. I dodaje, że i on się zdążył przyzwyczaić do choroby. Nawet do tego stołeczka rybackiego. – Sąsiedzi też błyskawicznie przywykli – siedzi facet na schodach, czy to jasno, czy ciemno – bo czasami, gdy odpoczywam na półpiętrze, światło na klatce zdąży zgasnąć – śmieje się.
Rodzina stara się być jeszcze bliżej niż dawniej – córka jest wykładowcą prawa na Uniwersytecie Warszawskim, ale odwiedza często. – Wnuki też pomagają, jak tylko mogą. Trzeba to nowe życie zaakceptować, innego wyjścia nie ma. Przyjmuję to ze spokojem. Nie jestem histerykiem, choć znam takich – nawet ordynatora kiedyś miałem, który rzucał narzędziami – mówi.
Z tym wchodzeniem po schodach to jest ciężka zabawa, fakt. Przeprowadzać się jednak nie zamierza, nawet gdyby ktoś ku- sił go zamianą mieszkania na jakieś na parterze.
Mamy z żoną sześć kotów. A one przecież przywiązują się do miejsca. Nie zrobimy im tego – zapewnia.
autor: Agnieszka Sztyler-Turovsky
źródło: Oblicza ATTR – Historie pacjentów z amyloidozą ippez.pl